• Wpisów:44
  • Średnio co: 18 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 22:57
  • Licznik odwiedzin:7 737 / 839 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Na przerwie próbowałam złapać Zoey by z nią pogadać.
-Zoey- zawołałam, ale ona ruszyła dalej korytarzem ignorując mnie. - Hej!- zawołałam znów, tym razem stając przed nią i odcinając jej drogę ucieczki.
-Odsuń się - powiedziała zimnym głosem. - Spieszę się.
-Zoey przestań. Pogadajmy.
-Chyba nie mamy o czym.
-Zoey...
-No co?! - przerwała mi niemal krzycząc.
-Przepraszam...- zaczęłam, ale ta nie pozwoliła mi dokończyć.
-Haha - zaśmiała się, ale w jej głosie nie było ani grama wesołości. -Czy ja się przypadkiem nie przeszłyszałam?- spytała z sarkazmem.- Ty przepraszasz mnie? Czarna Banda nigdy nie przeprasza!- powiedziała z taką goryczą w głosie, że po plecach przebiegł mi dreszcz.
-Zoey...- powiedziałam, ale dziewczyna wyminęła mnie i zniknęła w tłumie uczniów.

Weszłam do klasy chwilę przed nauczycielem. Dziewczyny siedziały na swoich stałych miejscach, ale wszystkie trzy unikały mojego wzroku. Usiadłam jak zwykle za Zoey, ale nim zdążyłam zrobić coś jeszcze drzwi się otworzyły, a do klasy wkroczył nauczyciel.
-Dzień dobry klaso -rzekł wesołym głosem profesor White.
- Dzień dobry panie profesorze- zrobiło mi się nie dobrze słysząc tę słodziutkie głosiki moich koleżanek z klasy. Wcześniej nawet bawiła mnie ich reakcja, ale teraz zaczynało mnie to mdlić.
-Dobra słuchajcie szybkie wprowadzenie- powiedział. - Na najbliższe dni mam dla was specjalne zadanie. Będzie ono polegać na przygotowaniu i opracowaniu w grupach fragmentu dowolnej sztuki. Daję wam na to 3 tygodnie. Pozostawiam wam wolną rękę w kwestii doboru członków waszych grup.
Po klasie przeszła fala pomruków z których nie byłam stanie wywnioskować czy moi koledzy cieszą Cię z czekającego nas zadania czy też nie.
-Ale chwila, chwila. Jeszcze nie skończyłem- powiedział White uciszając klasę.- Na czas tego zadania będziecie współpracować z klasą profesor Amit - powiedział, a w tym samym czasie ktoś zapukał do drzwi naszej klasy. - Proszę.
Drzwi uchyliły się a do klasy zajrzała młoda kobieta około trzydziestu pięciu lat. Miała ciemne włosy i zielone oczy.
-Można?- spytała z uśmiechem.
-Tak proszę. Właśnie przedstawiłem mojej klasie sens naszego zadania- odpowiedział nauczyciel.
-Dobrze- powiedziała wchodząc do klasy i otwierając szerzej drzwi dodała:- Zapraszam.
Do klasy zaczęli wchodzić uczniowie profesor Amit. Znałam niektórych z widzenia i wiedziałam, że są oni w drugiej klasie. Do klasy weszło około 20 osób. Gdy drzwi wreszcie się zamknęły z lekkim hukiem zobaczyłam na końcu tej "pielgrzymiki" cztery znajome twarze.
Jako ostatni weszli Will, David, Vidia i Matt.
Cała czwórka wyglądała na bardzo pewnych siebie. Biła od nich władza jaką mają nad szkołą. Przechodząc koło mnie uśmiechnęli się znacząco i zrozumiałam, że już wcześniej wiedzieli, że będziemy mieć razem lekcje. Poczułam ukłucie gdzieś w środku. Niby jestem jedną z nich, ale nie wiem tyle ile wiedzą pozostali.
Gdy Will przechodził obok mnie uśmiechnął się krzywo i powiedział:
-Tylko, żeby nie przyszło ci do głowy wystawić nas dla jakichś twoich koleszków- "kretyn" pomyślałam. Niby kto chciałbym mnie w swojej grupie po tym jak przystąpiłam do Czarnej Bandy? Nie zdążyłam jednak nic odpowiedzieć bo ruszył dalej na koniec klasy i oparł się niechlujnie o ścianę tuż obok okna.
-Ok. Dobierzcie się w grupy 4-5 osobowe- powiedział profesor White.- Tylko wybierzcie mądrze. To zadanie będzie stanowiło 50% oceny semestralnej, więc przyłóżcie się do niego.
-Moja klasa robiła podobne zadanie w zeszłym roku, więc z pewnością posłużą wam radą i pomocą- dodała profesor Amit.
Gdy tylko profesorowie skończyli mówić klasa zawrzała od rozmów. Wszyscy zaczęli dobierać się w grupy. Nie miałam większego wyboru. Podniosłam się z krzesła i ruszyłam w stronę moich nowych "przyjaciół". Jednak nim odeszłam zobaczyłam, że Zoey, Liv i Lucy odwracają się w moją stronę jakby chciały bym do nich dołączyła. Jednak było już za późno, bo szłam właśnie na koniec sali. Nie rozumiałam ich. O co im chodzi? Najpierw nie chcą ze mną gadać, unikają mnie, a teraz chcą mnie w swojej grupie? Co jest grane? A z resztą... nawet gdybym chciała i tak nie mogła bym być z nimi w grupie...
-Ooo jak miło, że chcesz być w naszej grupie- powiedział David, a do jego tonu powrócił sarkazm. Zignorowałam go.
-Widzieliście o tym zadaniu- to nie było pytanie a raczej stwierdzenie.
-Jasne. My wiem wszystko- odparł Will z tym swoim krzywym uśmiechem, który zaczynał doprowadzać mnie do szału.
-Dlaczego mi nie powiedzieliście? -dążyłam dalej.
-Bo Felix powiedział nam o nim dopiero na tej przerwie. Po prostu nie zdążyliśmy -powiedziała Vidia.
-Aha -rzuciłam od niechcenia. Taka odpowiedź wcale mnie nie zadowoliła.
Rozejrzałam się po klasie i zobaczyłam, że wszyscy już zdarzyli wybrać skład swoich grup. Jak zdążyłam zauważyć dziewczyny były w grupie z dwoma chłopakami z naszej klasy. Współczułam im, bo nie należeli oni do klasowych orłów... Będzie im ciężko...
-No więc jak?- spytał Matt.- Co wybieramy?
-Szekspira- odparł bez namysłu Will, a w jego oczach dostrzegłam jakiś dziwny błysk...
***
Dziękuję za ponad 5 tyś odwiedzin!! ♡
 

 
Hugo Felton

Oscar Walker

Tess Bascorn

Felix White

***
Przepraszam za tak dłuuugą nieobecność, ale już wróciłam i jako wynagrodzenie mam dla was nowy rozdział i zdjęcie kilku postaci.
 

 
Po śniadaniu ruszyłam na lekcję. Czułam się dziwnie nie wiedząc do końca co się ze mną dzieje. Miałam w głowie mętlik od którego zaczynała mnie boleć głową. Wszystkie moje myśli i uczucia zalewały się w jedno i mieszały. W jednej chwili czułam się silną i nie pokonana posiadając władze nad całą szkołą, w następnej czułam się winna myśląc jak zareagowali moi przyjaciele na moje przystąpienie do Czarnej Bandy, a w kolejnej usprawiedliwiałam swoje zachowanie tym, że musiałam to zrobić by poznać prawd- jaką kolwiek ona była i czego dotyczyła.
Potrzebowałam chwili dla siebie, spokoju by przemyśleć i przeanalizować wszystko co się wydarzyło, jednak nie było mi to dane.
Szłam korytarzem w stronę sali, gdy nagle po mojej lewej stronie gwałtownie otworzyły się drzwi i ktoś wciągnął mnie do środka. Znalazłam się w małej kanciape woznego. Pełnego różnego sprzętu do sprzątania.
Odwróciłam się gwałtownie słysząc głos należący do tego kto wciągnął mnie do tej kanciapy.
-Coś ty kurwa najlepszego narobila?!- głos napastnika należał do Luny. Na jej twarzy, która przybrała kolor biały jak jej włosy malowały się różne emocje: smutek, strach, zaskoczenie, troska i gniew.
-Zwariowałaś? O co ci chodzi? - spytałam zaskoczona i poirytowana.
-Co ci mi chodzi?!- spytała dziewczyna niemal krzyczac.- O to, że jesteś nie normalna! Nie tylko ja, ale zapewne każdy kto ma jakiegolwiek pojęcie co jest grane w tej szkole ostrzegał Cię i radził co powinnaśz zrobić! A co ty robisz tymczasem?! Ignorujesz to wszystko i w brew jakiemu kolwiek rozsadkowi jak ostatnia idiotka postanawiasz dołączyć do Czarnej Bandy!
"A więc to o to chodzi" pomyślałam, ale nic nie powiedziałam, byłam zbyt zaskoczona jej wybuchem.
-Nawet nie wiesz co zrobiłaś! - ciągnęła dalej swoja tyrade. - Myślałam, że masz więcej oleju w głowie!
-Czemu tak ci to przeszkadasz?- spytałam odzyskując mowę.- Dlaczego wtracasz się w moje życie? To nie twoja sprawa!
-Poprostu się o Ciebie troszcze do cholery! Naprawdę nie masz pojęcia w co się wpakowałaś - powiedziała cichdzym i łagodniejszym głosem.- Te wszystkie plotki to prawda, a Czarna Banda jest o wiele gorsza niż ci się zdaje. Oni naprawdę są groźni i niebezpieczni Tori.
-Nie zapominaj, że twoja siostra też należy do Czarnej Bandy. Ona też jest groźna i niebezpieczna?
Luna zawahała się przez chwilę, a gdy przemówiła usłyszałam ból w jej głosie.
-Teraz to Tess jest siostra Vidii nie ja, a Will i reszta to jej bracia. Teraz to Czarna Banda jest jej rodziną. I jestem pewna, że gdyby musiała wybierać wybrała by ich a nie mnie...
-Luna wiesz, że to nie prawda- powiedziałam wyobrażając sobie jak ona musiała sie czuć.
-Nie Tori to prawda. Nawet jeśli wydaje ci się, że przesadzam to wkrótce ty będziesz taka jak Vidia i reszta Bandy.
-Nie rozumiem- odparłam. - Co masz na myśli, że będę taka jak oni?
-Nie długo się przekonasz. Jesteś teraz jedna z nich i musisz zachowywać się tak jak oni. Musisz byś taka jak oni. I nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia. Inaczej spotka cie to samo co Mike'a...- powiedziała sięgając do klamki.
-Co? Czekaj! Kim jest Mike?- spytałam zdezorientowana.
Luna spojrzała na mnie a w jej oczach dostrzegłam coś dziwnego, coś czego nie mogłam rozszyfrować.
-Mike był jednym z nich. Ale nie był jak oni. Wiedział, że są granicę których nie można przekroczyć. Wybrał swoją rodzinę. Więzy krwi, a nie rodzinę, którą poznał tutaj. Vidia nie nigdy nie zachowała by się jak Mike. Dla niego ważniejsza była jego rodzona siostra. Jednak przystępując do Czarnej Bandy nie ma się już wyboru. Wchodząc między wrony musisz krakać jak one. A jeśli nie... musisz zapłacić za niesubordynynazje, za zdradę... czasem najwyższą cenę...
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo Luna otwarta drzwi i wyszła z kanciapy zatrzaskując je za sobą. Chwilę trwało nim otrzasnęłam się po tej rozmowie.
Wyszłam na korytarz i ruszyłam szybko w stronę klasy. Minęła już połowa lekcji i profesor Palmos wścieknie się, że spóźniłam się na jej lekcje angielskiego.Weszłam do klasy i zaczęłam przepraszać za spóźnienie, ale profesorka nie dała mi dojść do słowa.
- Przeparaszam za sp...
-Victorio spokojnie. Nic się nie stało. Usiądź sobie- powiedziała dziwnie miłym głosem, który lekko drżał gdy mówiła, jakby się... bała?
Zamknęłam ma klasę zdezorientowana, na ich twarzach zobaczyłam taką samą reakcję, jednak po chwili zaczęli zachowywać się tak jakby zrozumieli zachowanie nauczycielki. Przebiegłam wzrokiem po klasie idąc na swoje miejsce i dostrzegłam w oczach niektórych gniew, a w innych strach. Nim usiadłam usłyszałam cichy głos kilka ławek dalej:
-Jeden dzień i już wykorzystuje swoją władz - i wtedy zrozumiałam. Już nie jestem taką samą uczennicą jak inni. Teraz mam pewne przywileje. Przywilej, które daje mi członkostwo w Czarnej Bandzie...
Mimo tych wszystkich złowrogich, ukratkowych spojrzeń miałam gdzieś innych uczniów. Cały czas po głowie krążyło mi pytanie: Kim jest- nie kim był Mike?
I wtedy zrozumiałam to jedno słowo "był" sprawiło, ze wszystko stało się jasne. Przypomniałam sobie historyjki, które opowiadali mam Tomi i Kev.
Mike był tym chłopakiem, który sprzeciwił się Czarnej Bandzie. Tym, który chciał zemścić się za wyrzucenie jego siostry z Ahademii. Tym, który zapłacił za zdradę najwyższą cenę. Tym, który zginął. Tym, który został zabity... przez Czarną Bandę...
Dotarło też do mnie to co zobaczyłam w oczach Luny. Jej oczy mówiły jedno: "Ty nie jesteś jak oni. Jesteś jak Mike. Chciałam Cię ochronić, chciałam Cię uratować, ale nie dałam rady..."
 

 
W poniedziałek obudziłam się dużo wcześniej niż Zoey, ale wstałam o wiele później niż ona. Strasznie się ociągałam bo przecież nie mogłam wyjść w tym samym czasie co Zoey.
Gdy przyszedł Tomi tradycyjnie po to by zawiązać mu krawat ja wciąż byłam nie gotowa.
-Tori pośpiesz się! Inaczej spóźnimy się na śniadanie - poganiała mnie Zoey kończąc wiązać krawat bratu.
-To idźcie już-powiedziałam. - Zejde jak będę gotowa.
-No co ty poczekamy na Ciebie - odparł Tomi.
-Nie musicie. Naprawdę - przekonywałam ich.- Idźcie. Dogonie Was.
-Ale...-zaczął Tomi, ale Zoey nie pozwoliła mu dojść do słowa.
-Choć bracie- powiedziała Zoey zimnym tonem bez uśmiechu. Wiedziałam, że od wczoraj jest na mnie zła.- Tori potrzebuje czasu- dodała, ale nie wiedziałam czy chodzi jej o czas na utracie się czy może o coś innego...
Tomi spojrzał na mnie marszcząc brwi potem na siostrę i jeszcze raz na mnie po czym powiedział:
-Ok to widzimy się w stołówce. Tylko się pospiesz-dodał z lekkim uśmiechem.
Zoey rzuciła mi bacznie spojrzenie a potem oboje wyszli z pokoju.
Pięć minut później usłyszałam pukanie do drzwi. Wtedy byłam już gotowa. Oprócz mundurka Akademii Torreso miałam na sobie czarne rajstopy i jesienne, czarne kozaki na obcasie za kostkę. Ubrałam też czarną skórzaną kurtkę z ćwiekami, a na prawą rękę założyłam czarną, skórzaną rekawiczkę bez palców.
Podeszłam do do drzwi, a gdy je otworzyłam zobaczyłam Vidie i Tess.
-Gotowa?- spytała Tess.
-Tak- odpadła bez zastanowienia
-Prawie- powiedziała Vidia. Podeszła do mnie i rozpięła dwa guziki mojej koszuli, a później rozluźniła mój krawat tak, że teraz wyglądał jak ozdoba a nie część szkolnego mundurka.- Teraz jesteś gotowa. Wyglądasz idealnie- dodała, a ja zauważyłam, że i Vidia i Tess mają identycznie założone krawaty.
-Chodźmy już reszta czeka na dole- powiedziała Tess.
Zeszłyśmy do salonu a parterze gdzie spotkałyśmy resztę Czarnej Bandy. Od razu napotkałam wzrok Willa na jego ustach błądził ten jego irytujący, arogancki uśmieszek jednak to nie on a David odezwał się pierwszy:
-No no- powiedział z uznaniem.- Nieźle. Pasujesz do nas.
-Dzięki - odparłam z uśmiechem nie wierząc, że to powiedział w końcu od samego początku za mną nie przepadał. Jednak o ile ja ucieszyłam się na tę słowa o tyle Will zpiorunował to wzrokiem. O co mu chodzi?
-To jak idziemy? -spytał Matt obejmując Vidie.- Już późno więc wszyscy pewnie siedzą w stołówce.
-Tak -odparł Will. -Idziemy.
Wyszliśmy na zewnątrz i poszliśmy do szkoły. Zatrzymaliśmy się przed wejściem na stołówkę. Will podszedł do mnie i odciągnął na bok by dać mi instruchcje jak się zachować.
-Słuchaj Tori- zaczął patrzący mi prosto w oczy.- Wiesz, że wszyscy czują do nas respekt...
-Raczej strach- przerwałam mu.
-Możliwe - uśmiechnął się diabolicznie.- W każdym razie teraz jesteś jedna z nas i musisz być jaka jak my...
-Mam budzić strach?- spytałam znowu mu przerywając.
-Tak- odparł bez uśmiechu wyraźnie poirytowany tym, że stale mu przerywam.- Wejdź tam pewnym krokiem z uniesioną głową. Pokaż swą wyższość. Teraz jesteś jedną z nas. Teraz to ty masz władzę.
-Blake- usłyszeliśmy głos Davenporta i oboje odwróciliśmy się w jego stronę.
-Choć - powiedziała Blake ciągnąc mnie za sobą.
Stanęliśmy przed drzwiami do stołówki. Pierwszy wszedł Blake potem Davenpotr. Później Vidia i Matt a za nimi Tess. Potem nadeszła kolei na mnie, a ostatni weszli Oskar i Hugo.
Gdy tylko przekroczyliśmy próg wszystkie oczy skierowały się na nas. Idąc do naszego stolika, do stolika Czarnej Bandy czułam, patrzą właśnie na mnie. Na ich twarzach widziałam strach, przerażenie, zaskoczenie, nie dowierzanie i poczułam coś czego nie czułam już bardzo dawno. Poczułam władzę jaką zdobyłam i czułam to co napędza moje uczucie, poczułam strach i respekt jaki czują do mnie zgromadzeni w stołówce.
-Podoba ci się to co nie? - spytała Tess patrząc na mnie z uśmiechem.
-I to jeszcze jak- odparłam.
Jednak w jednej chwili cała moja pewność siebie i poczucie władzy zniknęło gdy zobaczyłam zbolały wyraz twarzy Zoey. I już wiedziałam, że nigdy mi tego nie wybaczy...
Przeszliśmy do stołu i zajęliśmy swoje miejsca przy zastawionym już jedzeniem stole. Zdziwiona spytalam o to Tess, która siedziała obok mnie.
-Dlaczego jedzenie jest już na stole? Przecież zawsze trzeba stać po nie w kolejce.
Ta spojrzała na mnie i z uśmiechem odparła:
-Może reszta musi, ale nie my. My nigdy nie stoimy w kolejkach to kolejny przywilej Czarnej Bandy. Kucharki zawsze przygotowują dla nas jedzenie chyba, że uprzedzimy je, że nas nie będzie.
Serio? Nigdy nie zauważyłam- przyznałam.
-Bo może gdy ty wchodziłaś na stołówkę ktoś z nas już siedział przy stoliku i nie zwracałaś na to uwagi- odparła.
-Możliwe -powiedziałam i rozejrzałam się po sali. Wszyscy żarliwie o czymś dyskutowali i wpatrywali się w nas, ale gdy napotkali mój wzrok od razu odwracali swoje oczy.
Podobało mi się jak reagują na mnie inni. Znów poczułam się jak kilka lat wcześniej kiedy zadawałam się z ludźmi podobnymi pod pewnymi względami do Czarnej Bandy. Znowu budziłam szacunek, respekt i strach jednak tym razem nie miałam nikogo kto by mnie z tego wyciągnął. Tym razem nie miałam już nikogo kto by mnie uratował...
 

 
-Tori- krzyknęła uśmiechnięta Zoey na mój widok i rzuciła się na mnie z szeroko rozłożonymi ramionami.
-Część Zoey- przywitałam się z nią uśmiechając szeroko. Poczułam się trochę winna bo przez cały weekend nie bardzo ruszyła mnie jej nieobecność.
-Wiesz co? Mam coś dla Ciebie- powiedziała wypuszczając mnie z objeć i podchodząc do swojego łóżka. Wyjęła z jednej z toreb leżących na nim śliczna różaną bluzeczkę na ramiaczkach z masa cekinków. To raczej nie mój styl zwłaszcza teraz gdy powinnam obierać się w ciemne kolory.
-Dziękuję - powiedziałam czując mimo wszystko wdzięczność za to że o mnie pamiętała, nie to co ja...
-Oh nie ma za co - odparła z uśmiechem. - To za to, że musiałaś siedzieć cały weekend sama nudzac się. A poza tym to gdy ja zobaczyłam od razu pomyślałam o tobie. Będzie to Ciebie idealnie pasować. No śmiało przymierz.
Spojrzałam trochę niepewnie na nowy prezent. To bez wątpienia nie mój styl. Jednak gdy zobaczyłam Zoey taka pewna co do swojej decyzji i uśmiechającą się promienie pomyślałam że nie mogę zrobić jej przykrości skoro tak bardzo jej na tym zależy.
Zdjęłam moją ukochaną białą bluzeczka z czarną czaszka na przodzie i założyłam landrynowaty prezent od Zoey. Jestem okropna że tak mówię, ale co poradzę że to mi się nie podoba.
-Jejku wyglądasz prześliczne - zachwycała się Zoey.
Stanęłam przed lustrem przyglądając się swojemu odbieciu. Bluzeczka była naprawdę ładna Ale nie dla mnie.
-Hej co jest? Nie podoba ci się? - spytała Zoey z gasnacym uśmiechem. - Od kąt przyszłaś prawie się nie odzywasz. A w ogóle to skąd wracasz?
-Nie nie. Jest naprawdę ładna... po prostu... Nie mam nastroju... boli mnie głowa. Właśnie byłam sie przejść- im dłużej z nią rozmawiałam tym gorszej czułam się okłamując ją, ale co mogłam zrobić obiecałam Bandzie, że nic nikomu nie wygadam. Jestem teraz jedna na nich i muszę się zachowywać tak jak tego odemnie wymagają. Nawet jeśli to oznacza, że muszę oklamywać ludzi na których mi zależy. W końcu sama wybrałam taką drogę...
-Aha - odpowiedziała a w jej oczach widziałam ze mi nie wierzy. W końcu to końcówka września w dodatku już późno więc raczej nie mogła bym sobie spacerować o dziedzińcu w bluzce na ramiączkach i krótkich spodenkach...

Udało mi się zmienić temat i zająć Zoey opowieściami o tym jak spędziła weekend. Gdy zbliżała się pora kolacji Zoey przerwała naszą rozmowę.
-Ej za niecałe 10 minut kolacja- powiedziała patrząc na zegarek na ręce.- Jak dobrze. Padam z głodu. Idziemy?
-N-nie jestem głodna - zawachałam się. - Ale jeśli chcesz to idzi- dodałam z uśmiechem.
-Ej no co ty? Nie wierz! Ty nie jesteś głodna?- spytała z powątpiewaniem.
-Poważnie Zoey nie jestem głodna- próbowałam ją zapewniać jednocześnie modląc się by mój brzuch nie zaczął burczeć.
-No ok skoro nie jesteś głodna nie musisz jeść, ale chodź na stołówkę. Wszyscy już pewnie wrócili po weekendzie- próbowała mnie przekonywać.
-Nie... Nie naprawdę nie chcę iść- zapewniałam ją.
Zoey nie odzywała się więc podniosłam na nią wzrok by sprawdzić o co chodzi. Gdy nasze oczy się skrzyżowały spytała cichym, zatroskanym głosem.
-Tori? Co się dzieje?
-O co ci chodzi?- spytałam udając że nie rozumiem. -Przecież widzie, że dziwnie się zachowujesz Tori. Co się dzieje? Wiesz, że mi możesz powiedzieć- mówiła nie przesyłając patrzeć mi w oczy.
-Nic się nie dziej po prostu nie jestem głodna.
Zoey patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę po czym westchnęła i powiedziała:
-Ok jak chcesz- wstała z łóżka podeszła do szafy wzięła z niej jesienna kurtkę i wyszła z pokoju.
Ja zostałam na łóżku patrząc na drzwi za którymi chwilę wcześniej zniknęła Zoey.
Byłam wściekła, smutną, zła i załamana. Przez tą cholerną Czarną Bandę mogę stracić moją przyjaciółkę.

Otrzasnęłam się po jakichś 10 minutach i zrezygnowana podreptałam do salonu Czarnej Bandy. Weszłam do środka i zobaczyłam, że wszyscy członkowie już tu są. Jedni przygotowują sobie jedzenie a inni już się zadajadają się swoim smakołykami w jadalni. Weszłam do kuchni i spotkałam tam Vidie i Tess które robiły sobie kanapki i Hugo, który nalewał sobie soku.
-Hej Tori co jest?- spytała Vidia widząc w jakim stanie jestem.
-Nic o prócz tego, że Zoey wróciła, uważa, że coś przed nią ukrywam. Obraziła się, że nie chcę powiedzieć jej o co chodzi i pewnie nigdy nie daruję mi tego, że jutro jak gdyby nigdy nic usiądę sobie przy stoliku Czarnej Bandy olewając totalnie moich przyjaciół - wyrzuciłam z siebie rozgoryczona jednym tchem.
Vidia stała przez chwilę patrząc na mnie chyba nie bardzo wiedząc jak się zachować. W końcu zareagowała.
-Tori wiem, że ci ciężko- powiedziała spokojnym głosem. - Ale musisz się do tego przyzwyczaić. Każdy z nas przechodził przez to samo co ty teraz. Zrozum teraz jesteś jedną z nas. Teraz to my jesteśmy twoimi przyjaciółmi, twoją rodziną. Teraz już liczy się dla Ciebie tylko Czarna Badna. Czarna Banda i nic prócz niej...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Cały dzień spędziłam w salonie z Czarną Bandą. Wysłuchałam porad, rada, zasad i wskazówek jak powinnam się teraz zachowywać.
Z grubsza to mam uważać na to co mówię, robię i z kim się zadaje. Nie wolno mi mówić nic o Czarner Bandzie ani o Felixie - dziwnie jakoś mówić do profesora po imieniu, nawet jeśli jest taki młody - ani o tym salonie.
Z tego co się dowiedziałam to chyba nikt nic nie wie o tym miejscu, bo całe piętro jest zamknięte podobnie zresztą jak piętro niżej. Więc skoro nikt nie mieszka na dwóch ostatnich piętrach akademika męskiego jak i żeńskiego to nikt nie ma powodu się tu zapuszczać.
Czarni nie chcą też bym przez cały weekend schodziła do stołówki. Jak raczyli mi wyjaśnić... od teraz będę siedzieć przy ich stoliku a nie przy żadnym innym i w poniedziałek kiedy już wszyscy będą mogli mnie zobaczyć zrobimy wielkie wejście. Wszyscy razem...
To zaczęło mnie przytłaczać. Pomyślałam o Zoey i reszcie moich znajomych. Jak zareagują gdy w poniedziałek zasiądę przy stoliku Czarnej Bandy nie informując ich wcześniej o tym, że do nich dołączyłam?

Niedziela minęła mi podobnie jak sobota. Cały dzień w naszym salonie. Tyle, że dzisiaj już nie gadalismy o zasadach i regułach. Po prostu gadalismy o różnych głupotach, oglądając filmy, i grając w gry.
Wtedy nie myślałam o nich tak jak inni. Zapomniałam, że reszta uważa ich za niebezpiecznych i groźnych. Teraz widziałam w nich normalnych nastolatków, znajomyc, którzy założyli sobie klub. Klub do którego należałam i ja.

Do swojego pokoju wróciłam około piątej. Musiałam odpocząć, pobyć trochę sama. Jednak gdy tylko otworzyłam drzwi dobiegła mnie muzyka...
I zobaczyłam kszątającą się po pokoju Zoey. Więc będę musiała się z nią zmierzyć wcześniej niż myślałam. Nici z chwili samotności...
***
Wybaczcie mi, dzisiaj tak krótko... obiecuję że się poprawię
 

 
Obudziłam się w sobotę przed dziesiątą z ogromnym bólem głowy. Miałam mega kaca i w sumie nie wszystko pamiętałam z poprzedniej nocy. Sporo czasu zajęło mi doprowadzenie się do porządku. Wyszłam z pokoju po jedenastej ubrana w czerwono-krwistą bluzkę na ramiączkach, czarne rulki i czarne vansy. Do tego długi wisiorek i kilka bransoletek. Świerzno umyte włosy zostawiłam rozpuszczone.
Chciałam zejść na dół do kuchni coś przegryść, ale po drodze wpadłam na Vidie.
-Hejka Tori jak się spało?- spytała z uśmiechem.
-Dzięki dobrze a ty?
-Też w miarę, ale teraz mam takiego kaca że szkoda gadać - powiedziała lekko się krzywiąc.
-Więc nie tylko ja- odparłam.
-Masz napij się to pomaga na kaca- powiedziała podając mi kubek którego wcześniej nie zauważyłam.
Przejrzałam się niepewnie dziwnemu płynowi i upiłam łyk, ale od razy tego pożałowałam.
-Fuuu- jęknęłam krzywiąc się. - To jest ochytne.
-Wiem, ale działa - powiedziała biorąc domenie kubek i upijając trochę również się krzywiąc.- A tak wogule to dokąd się wybierasz?
-Szłam do kuchni po coś na ząb- odparłam.
-Do kuchni? - spytała zdziwiona.- Choć do naszego salonu- powiedziałam i ruszyła w górę schodami.
-Dokąd idziesz? Salon się na dole- powiedziałam.
Vidie spojrzała na mnie i powiedziała:
-Ale nasz salon jest u góry- powiedziała robiąc nacisk na słowo "nasz".
Ruszyłam za nią. Wyszłyśmy schodami na samą górę, a potem przeszłyśmy na męska stronę akademika po złączeniu na samej górze. Zatrzymałyśmy się przed drzwiami z ciemno brązowego drewna. W przeciwieństwie do innych pokoi w akademiku a tych drzwiach nie przybito żadnego numerka ani tabliczki. A same drzwi wykonane były z solidnego dębowego drewna a nie z jakiegoś zwykłego gorszego drewna pomalowanego na biało.
Vida otworzyła drzwi przy pomocy karty. Ta równie są nie wyglądała jak karty do innych pokoi. Była złota a w jednym z rogów widniał czarny herb Czarnej Bandy.
Vidia pchnęła drzwi i powiedziała :
-Witaj w domu Tori- weszła do środka ciągnąc mnie za sobą i zamykając drzwi.
Weszłam do środka i aż mnie zamurowało. Salon Czarnej Bandy był wielkości 3 pokoi w akademiku. Ściany były czarno-czerwone, a meble nowe i luksusowe. Pokój niewyglądał na mieszkanie a nie salon. Była tu mini kuchnia z lodówką i miejscem do gotowania. Salon w którym ustawiono kilka kanap i krzeseł przed wiążącym na ścianie wielkim telewizorze plazmowym. Jadalnia w której stoi duży prostokątny stół z 10 krzesłami. I przestrzeń do zabaw W której ustawiono stół do bilarda i różne automaty do gier.
W salonie siedziało kilkoro Czarnych. Oscar i Hugo grali w bilard. Tess oglądała jakiś film zakładając popcorn. A Matt buszował po kuchni wyjmujac z lodówki masę jedzenia by zrobić sobie kanapki.
Wczorajsza noc była o tyle dobra, bo udało mi się poznać imiona pozostałych członków mojej nowej "rodziny".
Vidia od razu ruszyła do kuchni by przywitać się ze swoim chłopakiem. Poszłam za nią. Muszę coś zjeść inaczej umrę z głodu.
Gdy już zakochana parą właściwie się przywitała - nie będę wchodzić w szczegóły Matt wreszcie mnie zauważył.
-Siema Tori- powiedział przyjacielskim tonem.- Jak ci się podoba naszą miejscówa?
-Nawet dość taka- powiedziałam z uśmiechem.
Gadaliśmy robiąc kanapki z Mattem. Vidia siedziała obok nas na stołku. Pytając się stale jakim cudem jesteśmy w stanie cokolwiek przełknąć po wczorajszym. Gdy zrobiliśmy już kanapki przenieśliśmy się do "jadalni" nie chcac przeszkadzac Tess w ogladaniu filmu. Po jakichś 10 minutach do salonu wpadli Will i David rozmawiając i śmiejąc się głośno.
-Stary co za laska?- powiedział Davenport.
-Haha nie wie jeszcze w co się wpakowała- odparł Will.
-Haha ta mała padnie jak zobaczy... - urwał gdy mnie zobaczył, ale Will szybko go wyratował.
-Tori. Widzę, że już się u nas zadomowiłaś-powiedział.- Mam coś dla Ciebie- podszedł do mnie i wyjął z kieszeni swojej skórzanej kurtki kartę do salonu taką samą jaką Vidia otworzyła drzwi. Podał mi ją mówiąc - uważaj na nią. Nikt nie może jej zdobyć ani nawet zobaczyć.
-Dzięki - powiedziałam biorąc od niego kartę. Przez myśl przemknęło mi, że może nie powinnam jej przyjmować, ale szybko wrzuciłam z głowy te myśl.
-O czym gadaliście?- spytał Matt na co Davenport spiorunował go wzrokiem, ale nic nie odpowiedział.
-O niczym ważnym- odparł beztrosko Will, ale zobaczyłam nieufność w spojrzeniu Vidii i Matt.
Zaczęłam się zastanawiać czy ma to coś wspólnego ze mną. W końcu raczej nie bez powodu obaj tak szybko ucięli swoją rozmowę na mój widok...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Byłam oszołomiona tym co zrobiłam. Właśnie złożyłam przysięgę. Teraz oficjalnie jestem jedną z nich. Jestem jedną z Czarnej Bandy.
Podniosłam wzrok na moją nową "rodzine", a oni kolejno zaczęli ściągać swoje kaptury odsłaniając swoje twarz. Pierwszy kaptur zdją Will i posłał mi uśmiech, który mówił ze jest bardzo zadowolony z tego co się właśnie stalo. Później w jego ślad poszła Vidia, Matt, David i cała reszta, których imion jeszcze nie poznałam.
Wszyscy Czarni zdjęli kaptury, a mój wzrok znów spoczął na wysokim mężczyźnie, który nadal nie zdją kaptura.
Stałam tak czekając na jego ruch. W końcu podniósł rękę i szarpną za swój kaptur. Gdy odkrył swoją twarz mimo wolnie zrobiłam krok w tył. Nie to nie możliwe.
-Profesor White? - spytalam zaskoczona.
-Witaj Tori- odparł z uśmiechem profesor literatury.
W głowie znów miałam mętlik. Krążące w mojej głowie myśli zaczęły odbijać się o czaszkę wywołując ból.
-Co Pan tu robi?
-Jeśli jeszcze nie zauważyłaś to właśnie przeprowadziłem twój rytuał przyjęci- odparł z ironią. Jego ton podziałał na mnie jak kubeł zimnej wody.
-Więc Pan jest jednym z nich?- sptytałam.
-Nie Tori- odparł Will.- On jest jednym z nas- dodał kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-A dokładniej- wtrącił się David.- Felix jest naszy człowiekiem wśród belfrów.
Co? Co to ma znaczyć? Ich człowiek? Nie. Nasz człowiek. Matko w co ja się wpakowałam?
-Dobra nie stójmy tak. Pora uczcić powiekszenie się naszego grona- powiedział profesor White i klasnął w ręce dwa razy, a polanę oświetliło ciepłe światło. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że stoły które ostatnio widziałam rozstawione pod drzewami są teraz złączone i suto nastawione.
Usłyszałam pomruki zadowolenia i zobaczyłam jak wszyscy ruszają w stronę stołu. Nie wiedziałam czy powinnam do nich dołączyć.
-A ty na co czekasz? Na zaproszenie? Z tego co wiem do już je dostałaś- usłyszałam za swoimi plecami znajomy głos. Odwróciłam się i zobaczyłam Willa. Na jego twarzy malował się ten jego irytujący uśmieszek.
-A co czekam? Na czerwony dywan po którym mogła bym przejść- dparlam sarkastycznie,a jego uśmiech stał się jeszcze większy.
-To sobie bardzo długo poczekasz- powiedział podchodząc do mnie.- A radziłbym ci się pospieszyć- dodał i ruszył w kierunku swych towarzyszy.
Patrzyłam chwilę na niego po czym poszłam w jego ślady. Nie wiedziałam gdzie usiąść, ale w końcu zajęłam miejsce obok Vidii, a po chwili obok mnie usiadł Will. Mimo, że chwilę wcześniej usiadł gdzieś indziej.
Spojrzałam na stół i zobaczyłam masę jedzenia i jeszcze więcej alkoholu. Zauważyłam, że wszyscy sięgnęli najpierw po alkohol a dopiero potem po jedzenie. Spojrzałam niepewnie na profesora White, który właśnie wznosił toast z dwoma innymi Czarnymi.
-Śmiało Tori nie kretuj sie- powiedziała uśmiechnięta Vidia podając mi butelkę piwa.
-Eee dzieki-odparłam biorąc od niej butelkę.
-I nie przejmuj się Felixem. Jest spoko- wtrącił się Matt siedzący obok niej.
-Mówicie do niego po imieniu?- spytałam zdziwiona.
-Jasne jest jednym z nas- odparł Matt pociągając duży łyk piwa.
-No, ale wiesz mówimy tak tylko wtedy gdy nie ma z nami nikogo z zewnątrz. W końcu nikt nie może się dowiedzieć, że on jest jednym z nas.
-Więc nikt o nim nie wie? Nawet ludzie których zapraszanie na imprezy? - spytałam zaciekwiona.
-Nie to tajemnica Tori- odparł Matt.- Za coś takiego by to wyrzucili.
-Och...
Niczego więcej się nie dowiedziałam. Piliśmy cała noc gadajac o głupotach. Wróciliśmy nad ranem przed końcem ciszy nośnej. Po drodze spotkaliśmy jednego z dyżurujących nauczycieli. Ten tylko zetknął na nas i poszedł sobie jak gdyby nigdy nic. Spojrzałam zdziwiona na Vidie, a ona odparła z śmiechem:
-Jesteśmy nietykalni Tori...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Wyszłam na polanę i poczułam jak w jednej chwili ogarnia mnie chłód i strach. Nim zdążyłam mrugnac wokół mnie zebrała się grupa osób. Byli ubrani w długie, czarne płaszcze sięgające ziemii, a na głowach mieli kaptury zasłaniajace ich twarze. Nie byłam w stanie ich rozpoznać. Rozejrzalam się do około i stanęłam jak wryta. Coś mi tu nie pasuje. Wokół mnie stoi osiem osób. Jak to możliwe? Skoro do Czarnej Bandy należy tylko 7 osób...
-Victorio Valentain- odwróciłam się w stronę człowieka, który przemówił poważnym głosem. Głos ten należał do wysokiego mężczyzny. Jestem pewna, że znam ten głos, ale do kogo on należy?
Stanęłam wyprostowany biorąc głęboki wdech by dodać sobie odwagi.
-Victorio Valentain co Cię tutaj sprowadza? - skąd znam ten głos?
Zawachałam się gdyż to pytanie wybiło mnie z rytmu.
-Zostałam zaproszona- odparłam z powagą.
-Doparawy?
-Tak.
-Przez kogo? - o co tu chodzi? Co to za pytania?
-Przez Czarną Bandę.
-Jesteś tego pewna?- po plecach przebiegł mi dreszcz. A co jeśli to nie oni wysłali mi to zaproszenie? Nie no co za glupota! Jeśli nie oni to kto?!
-Tak. Jestem.
-Hymmm w jakim celu zostałam zaproszona?- zaczęły mnie irytować tę durne pytania.
-To chyba pytanie do Czarnej Bandy. W końcu to oni mnie zaprosili- odparłam z nutką ironi w głosie. To chyba się nie spodobało mojemu rozmówcy i pozostałym zgromadzonym.
-Jesteś bardzo odważna skoro udzielasz mi takiej odpowiedzi- odparł robiąc krok w moją strone.- Albo bardzo glupia- po moich plecach znów przebiegł dreszcz.
Nic nie odpowiedziałam więc mój rozmówca znów zabrał głos.
-Nie tylko to było odważną głupotą z twojej strony. Powiedzialaś, że chcesz należeć do Czarnej Bandy czy to prawda?
Dalej weź się w garść Tori! Teraz albo nigdy.
-Tak- teraz już nie ma odwrotu.
- Czy jesteś pewna swej decyzji?- dlaczego on stałe potrzebuje moich zapewnień?
-Jestem.
-Zatem Victorio- na dźwięk tego głosu coś we mnie drgnęło. Poczułam ulgę i spokój. Zakapturzonym chłopakiem po prawej stronie mężczyzny był... Will.- Powiedzialaś, że chcesz należeć do Czarnej Bandy i mimo ostrzeżenia jakie otrzymałaś nie zmienilaś swojego zdania.
-Nie zmieniłam.
-Czy masz świadomość, że jeśli postanowisz przyłączyć się do nas już nie będziesz mogła się wycofać?- spytała dziewczyna stojąca po prawej stronie Willa. To Vidia- jak dobrze usłyszeć znajome głosy.
-Owszem.
-Więc - głos znów zabrał wysoki mężczyzna. - Victorio Valentain czy oficjalnie przysiegasz należeć do Czarnej Bandy? Chronić jej sekretów? Postępować według narzuconych norm i zasad? Czy przysiegasz traktować Czarną Bande jak rodzine i zawsze robić wszystko dla dobra swych braci i sióstr?
-Tak. Tak przysiegam- w głowie szumiało mi od wrażeń.
-Zatem Victorio Valentain od tej pory jesteś jedną z nas. Należysz o Czarnej Bandy. Pamiętaj o tym i o złożonej przysiedze...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Rano przy śniadaniu wszyscy rozmawiali o swoich planach na weekend. I mimo iż wcześniej mi to nie przeszkadzało teraz zaczęło. Było mi smutno wszyscy wyjeżdżają, spotykają się z rodziną a ja? Zostaje tu kolejny weekend z rzędu, bo nie mam się jak z rad wydostać. Mama w Argentynie z tatą nie rozmawiam. Poczułam się taka samotna i opuszczona...
-Toru jesteś pewna, że nie chcesz z nami jechać?- spytała Zoey jakby czytała w moich myślach.
-Tak Zoey jestem pewna- odparłam.- Nie chcę wam przeszkadzać.
-No co ty Toru! Wcale nie bedziesz! Poznasz naszych rodziców i siostrę- powiedział Tomas. Widać było, że chyba już przestał myśleć o Amandzie. Był wesoły jak zawsze.
-Zoey, Tomi naprawdę dzięki za zaproszenia, ale nie skorzystam. Może innym razem- powiedziałam z uśmiechem nieco sztucznym.
Po krótkiej wymianie zdań udało mi się przekonać nieustepliwe rodzeństwo, że lepiej będzie jeśli zostanę w Akademii. Mimo że trochę nawet chciałam z nimi jechać wiedziałam, że jeśli chcę należeć to Czarnej Bandy muszę działać. Teraz albo nigdy...
-Ej jak myślicie co się dzieje z Czarną Bandą?- spytała Liv wyrywajac mnie z natłoku moich myśli.
-Co masz na myśli?
-No jak to co Toru? Dzisiaj też nie pojawił się na śniadaniu. To już zaczyna się robić dziwne- odparła.
-Napewno coś knują. Pytanie tylko co? -Zastanawiał się głośno Kev.
-Ehhh nie rozumiem was- powiedziałam.- Wszyscy macie jakieś teorie spiskowe i albo się ich boicie albo ich nienawidzicie. Ale czy naprawdę nigdy, nawet przez chwilę... Nie chcieliście należeć do Czarnej Bandy?
-Tori... słuchaj każdy kto ma choć odrobinę oleju w głowie trzymała się od nich z daleka- odparł z powagą Kevin.
-Oni są jak ogień Tori- zawturowal mu Tomas.- Jeśli trzymasz się w odpowiedniej odległości i robisz wszystko jak trzeba dają ci ciepło i bezpieczeństwo, ale jeśli zbytnio się z blizysz możesz się sparzyć... lub spłonąć.
Jego słowa mnie zszokowały i utkwiły w mojej pamięci...

Po śniadaniu Zoey, Liv, Lucy, Tomi i Kev podobnie jak większą część uczniów wyjechała na weekend. Zrobiło się dziwnie cicho i spokojnie. To jeszcze bardziej sprawiło ze nie mogłam przestać myśleć nad słowami Tomasa i nad spotkaniem z Czarną Bandą. Zaczęłam żałować że nie zgodziłam się jechać razem z Zoey i Tomasem.
Cały dzień spędziłam za kręcenie się po Akademii i rozmyślaniu. W końcu powiedziałam sobie "DOŚĆ" i podjęłam ostateczną decyzję.

Wieczorem tuż przed rozpoczęciem ciszy nocnej ubrałam się i wymknełam z akademika. Założyłam ciemne ubrania by nie rzucać się w oczy i ruszyłam tą samą drogą co poprzednim razem.
Na zewnątrz powietrze było zimne i ostre, ale moje zmysły zdawały się tego nie rejestrować. Byłam zbyt przejęta.
Przystanełam na skraju lasu i spojrzałam z siebie po czym ruszyłam w głąb lasu. Wiedziałam, że teraz już nie będzie odwrotu...
Nie wiem czy to moja moja wyobraźnia czy naprawdę tym razem dłużej trwało dotarcie do celu. Może to dlatego, że tym razem nie było słychać żadnej muzyki, a światło bijące z polany w środku lasu było znacznie słabsze. Nie mam pojęcia, już nie byłam w stanie myśleć. Moje serce jak szalone biło w mojej klatce piersiowe, a krew pulsowała w moich uszach zagłuszajac cała resztę. Już nie myślałam po prostu działała. Podąrzałam w stronę światła niczym ćma... niczym ćma lecąca w stronę ognia...

***
Wiem, że rozdziały są teraz krótsze, ale to dlatego, że piszę teraz na telefonie. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Może teraz będę częściej dodawać kolejne rozdziały? Zobaczymy .
  • awatar Alla♥Alik: hej, świetnego bloga prowadzisz zapraszam do mnie :)
  • awatar Call me - Sharon: Rozdział bardzo mi się podobał :) Fajnie by było gdybyś dodawała częściej rozdziały, tym bardziej że robią się coraz ciekawsze :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wieczorem gdy Zoey brała kąpiel ja rozłożona na łóżku starałam się skupić na książce którą musiałam przeczytać na poniedziałek na zajęcia z literatury. Jednak były to daremne wysiłki bo moje myśli nieustannie krążyły wokół dzisiejszej rozmowy przy obiedzie. Zastanawiałam się tylko nad jednym czy Will naprawdę jest mordercą?...
Moje rozmyślania przerwalo pukanie. Wstałam i podeszłam do drzwi by sprawdzić kto to. Gdy je otworzyłam okazało się że nikogo tam nie ma. Już miałam zamknąć drzwi gdy zobaczyłam coś na podłodze. Była to koperta z widniejacym na niej znajomym herbem... Był to herb Czarnej Bandy...
Zabrałam kopertę i weszłam do pokoju. Zawachałam się za nim ją otworzyłam. Po pierwsze nie wiedziałam czy powinnam się do nich zbliżać po tym co się o nich dowiedziałam a po drugie Zoey mogła w każdej chwili wyjść z łazienki. Jak zwykle postawiłam w brew zdrowemu rozsądkowi i otworzyłam kopertę. To co znalazłam w środku wcale nie przypominało poprzedniego zaproszenia. Zaczęłam czytać:
"V.V. jeśli jesteś pewna swojej decyzji zjaw się jutro w nocy w lesie za Akademią. Ale zastanów się, bo nie będzie już odwrotu. C.B. "
Przeczytałam treść listu 3 razy i jedyne co osiągnęłam to nabawilam się jeszcze więcej pytań i wątpliwość. Co się stało z tym oficjalnym tonem i dlaczego ten list jest taki oschły i zaszyfrowany? V.V. to na pewno Victoria Valentain a C.B. to Czarna Banda ale dlaczego nie napisali tego wprost tak jak ostatnim razem? O co chodzi?
Gdy rozmyślałam nad listem i jego znaczenie nagłe otworzyły się drzwi do łazienki. Jednym ruchem schowalam list do książki która przed chwilą czytałam tak by Zoey nie zdążyła go zauważyć.
-Tori co robisz w weekend? Widzisz sie z rodzicami?- spytała wchodząc do pokoju jednocześnie wybierając mokre włosy w ręcznik.
-Nieee a czemu bym miała?- spytalam trochę zdziwiona.
-No jak to jest weekend, więc możemy opuścić Akademię.
Zupełnie zapomniałam. W każdy weekend uczniowie mogą opuścić Akademię by spotkać się z rodzicami, rodziną, znajomymi, wyjść na zakupy czy do dyskoteki. Oczywiście przepustkę dostajemy tylko za zgodą rodziców. Ja jednak ani razu nie skorzystałam z tej możliwości.
-Nie. Wiesz przecież, że mama jest w Argentynie a z ojcem nie gadalam od kąt mnie tu przywiózł- odparła.
-Więc zostajesz tutaj? Nie będzie ci smutno samej?- spytała z troską. - Ja i Tomi jedziemy spotkać się z rodzicami i Layla więc wrócimy dopiero w niedzielę wieczorem. Reszta też wyjeżdża.
-Spokojnie. Nie przejmuj się mną. Nie będę się nudzić - zapewnialam ją.
-Naprewno? -spytała.- Jeśli chcesz możesz jechać z nami- powiedziała z szerokim uśmiechem.
-Nie no co ty- odparlam. - Naprawdę dam sobie radę. Przecież nie tylko ja zostaję w szkole na weekend.
-Jak chcesz. Ale jeśli zmienisz zdanie to jedziemy jutro po śniadaniu.
-Ok. Dzięki że o mnie pomyslalas- powiedziałam i już praktycznie przestałam słuchać Zoey.
Pograzylam się w swoich myślach. Więc jutro nie będzie nikogo z moich znajomych, a to znaczy, że bez żadnych przeszkód będę mogła wyniknąć się do lasu za szkołą. Pytanie tylko... czy to zrobię?
 

 
Przez cały dzień myślałam tylko o jednym: powiedziałam „tak”. Powiedziałam Willowi, że chcę należeć do Czarnej Bandy. Ale co teraz? Jego jedyną reakcją był ten jego irytujący kpiący uśmieszek i odpowiedz „Dobrze”. I tyle po prostu odszedł. Spodziewałam się czegoś więcej. Jakiegoś potwierdzenia lub zaprzeczenia, że się zgadza lub nie. Czegoś… czegoś więcej. Sama nie wiem, ale zwykłe „dobrze” do dla mnie za mało. Jego reakcja tak mnie zdziwiła i zaskoczyła, że spóźniłam się na lekcje.
Miałam nadzieję, że podczas obiadu spotkam Willa i coś się wyjaśnij jednak ku mojemu zdziwieniu na obiedzie brakowało nie tylko Willa, ale całej Czarnej Bandy. Ich stolik był pusty co nie uszło uwadze reszcie uczniów. Ich nieobecność była głównym tematem podczas obiadu.
Przysłuchiwałam się rozmową przy swoim stoliku jaki i przy stolikach w pobliżu i chociaż wiedziałam jaką opinię mają członkowie Czarnej Bandy wśród uczniów zszokowało mnie to co od nich usłyszałam. Same teorie spiskowe. Co teoria to głupia, śmieszna i bardziej irracjonalna. W końcu nie wytrzymałam i spytałam:
-Co jest z wami? Poważnie myślicie, że oni nic tylko spiskują i robią różne dziwne rzeczy?
Przyjaciele którzy siedzieli przy naszym stoliku spojrzeli na mnie w dziwny sposób. Jedni zdziwieni, zaskoczeni drudzy oburzeni i źli. Pierwszy odpowiedział mi Tomas:
-Słuchaj Tori jesteś tu za krótko by wiedzieć, że mamy podstawy w myśleć i mówić to co myślimy i mówimy.
-Jakie podstawy- spytałam.
Tomas i Kevin spojrzeli po sobie.
-To było 3 lata temu, gdy obaj chodziliśmy do pierwszej klasy- zaczął Kev, a ja, Zoey, Liv i Lucy słuchałyśmy w milczeniu jego opowieści.- Myśleliśmy tak samo jak ty, że wszyscy mają paranoje, że tak naprawdę Czarna Banda to po prostu zwykła paczka przyjaciół. Jednak szybko przekonaliśmy się, że racje mieli wszyscy wokół. – urwał na chwile a potem mówił dalej.- Tamta Czarna Banda była jeszcze gorsza, okrutniejsza. Oni karmili się ludzkim strachem, bawiło ich to jakie przerażenie wywołują wśród reszty uczniów. Jednak zawsze znalazł się ktoś, kto uważał, że głupotą jest bać się Bandy. Każdego kto podpadł Czarnej Bandzie czekał przykry los.
-Jaki?- spytałam.
-Wtedy na pierwszym roku- zaczął Tomi, a mnie zdziwiło, że obaj mówią takim poważnym tonem. Od początku roku nigdy nie widziałam by się tak zachowywali, zawsze byli uśmiechnięci i rozbawienia a teraz… - Było dwóch takich, którzy w najmniejszym stopniu nie czuli respektu przed Czarną Bandą. Banda była tak wkurzona, że w końcu zaczęła mieć dość tych dwóch i postanowiła się ich pozbyć.
-W jaki sposób?- usłyszałam przerażony głos Liv.
-Nie musieli wiele robić- odparł Kev. – Rozpuścili po szkole plotki. Cała szkoła się od nich odwróciła, zaczęła wytykać palcami, po 3 tygodniach obaj wynieśli się ze szkoły.
-Przez jakieś zwykłe plotki?- spytała Lucy.
-To nie były zwykłe plotki- odpowiedział Kev.- Nie wiecie co to były za plotki. Ludzie zaczęli się nad nimi znęcać, jestem pewien, że gdyby oni tu zostali reszta by ich po prostu… po prostu zaszczuła.
-Ale najgorsze chyba było to- wtrącił Tomi z grobową miną.- , że to wcale nie były plotki… ale prawda.
-Do tej pory nie wiem skąd Czarna Banda mogła się tego o nich dowiedzieć.
-Oni mają swoje źródła.
-Ale to jeszcze nie wszystko- wtrącił Kev nie dając żadnej z nas dojść do słowa.- Gdy byłyśmy na drugim roku była tak jedna, która Czarna Banda też się zajęła i doprowadziła do wyrzucenia jej z Akademii. Tyle, że ta dziewczyna była siostrą jednego z członków Bandy. On był wściekły chciał zrobić coś by ją zostawili, ale się nie udało. Później chciał się zemścić za wyrzucenie jego siostry ze szkoły.
-To był największy błąd jaki popełnił w życiu- wtrącił Tomi.- Czarna Banda nade wszystko ceni lojalność. A zdrady nie mogli tolerować.
-Co się stało z tym chłopakiem- spytałam.
Chłopcy znowu spojrzeli po sobie, a potem Kevin nachylił się nad stołem i powiedział cicho:
-Zabili go.
-Co?- wszystkie cztery spytałyśmy jednocześnie przerażone.
-Wszyscy wiedzieli, że wśród Czarnej Bandy jest konflikt. Widywano ich czasem jak się kłóci. Pewnego dnia doszło między nimi do awantury, która przerodziła się w bójkę. Padły słowa, które jedno znacznie tłumaczyły to co się wydarzyło nazajutrz.
-Następnego dnia znaleźli go martwego w salonie w Akademiku. Spadł z ostatniego piętra, zginął na miejscu.
-Spadł czy został wypchnięty za balustradę?- powiedział Kev.- Uznano to za samobójstwo. Mimo, że policja i nauczyciele wmawiali nam, że sam skoczył, wszyscy znali prawdę. – urwał a potem dodał jeszcze cisze.- Naraził się swoim więc musiał za to zapłacić.
-Boże- szepnęła Liv.
-Nie. To przecież nie możliwe. Naprawdę myślicie, że mogli go zabić?- spytała przerażona. – Dlaczego po prostu nie zrobili tak jak z pozostałymi? Dlaczego nie rozpuścili jakich plotek, albo doprowadzili do wyrzucenia go ze szkoły?
-On nie był taki jak pozostali- odparł Tomas. -Był jednym z nich. Znał ich sekrety, wiedział o nich zbyt dużo. Nie mogli pozwolić by w zemście zrobił lub powiedział coś co mogłoby zaszkodzić Czarnej Bandzie.
-Więc go po prostu zabili?- spytałam.
-Uciszyli go na zawsze- odparł Kev.
-A dlaczego mówiliście, że Wedy byli jeszcze gorsi niż teraz- spytała Lucy.
-Bo część z nich już skończyła Akademia- odparł Tomas.- Ale część z nich wciąż tu jest i pamięta co wydarzyło się w zeszłym roku. Może nawet część z nich była wtedy na ostatnim piętrze i patrzyła jak spada.
-Kogo dokładnie masz namyśli?- spytałam.
-Sam nie wiem- odparł Tomas.- Pewnie tych, którzy byli w to wszystko najbardziej zamieszani.
-Czyli?
-Według mnie- wtrącił Kev. – Davenport, Cambell, Fernon i …Blake’…

***
Przepraszam, że tak strasznie długo nie dodawałam rozdziału, ale miałam tyle na głowie, że naprawdę nie dałam rady. Ale proszę bardzo!!! Wreszcie jest. Bardzo się nad nim napracowałam. Mam nadzieję, że się wam spodoba!!!
 

 
1. Zdjęcie czarno-białe.

2. Cytat.

3. Zdjęcie ulubionego aktora.

4. Zdjęcie ciekawych tatuaży.

5. Stylizacja na dziś.

6. Optymistyczne zdjęcie,

7. Śmieszne zdjęcie.


8. Zdjęcie ulubionego youtubera.
___

9. Smutne zdjęcie.


10. Dowolne zdjęcie.


Nominuje każdego kto zechce!!! ♥♥♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Następnego ranka Tomi przyszedł do nas z niezawiązanym krawatem co było dziwne bo od kąt zaczął chodzić z Amandą przestał do nas przychodzić po to by mu go zawiązać. Zauważyłyśmy z Zoey, że chłopak nie jest w najlepszym humorze, więc nic nie powiedziałyśmy na ten temat. Gdy szliśmy na stołówkę Tomas prawie wcale się nie odzywał. Zaczęłam się zastanawiać czy zerwał z Amandą i jeśli tak czy obwinia za to mnie?
Gdy byliśmy już przed wejściem do Akademii zauważyliśmy kilka metrów dalej rozmawiającą parę. Poznałam ich bez problemu. Blake opierał się niedbale o mur szkoły i patrzył z tym swoim typowym uśmieszkiem na stojącą przed nim Amandę. Gdy Tomas ich zobaczył wyminął nas i wszedł do szkoły. Udawał, że nie obchodzi go co zobaczył, ale po jego napiętych mięśniach widziałam, że jest inaczej.
Obie z Zoey patrzyliśmy chwile na Amandę i Willa, a potem ruszyłyśmy w ślad za Tomasem. Byłam ciekawa o czym rozmawiali, zastanawiałam się o co chodziło Amandzie, bo na pewno nie o przyjacielską pogawędkę. Na pewno nie z Willem Blake przywódcą Czarnej Bandy…

Gdy podeszłyśmy z Zoey do naszego stałego stolika siedzieli już przy nim Liv, Lucy, Kev i Tomi. Zanim usiadłam spojrzałam w stronę stolika Czarnej Bandy. Siedziało tam 6 osób, czyli wszyscy poza Willem. Usiadłam i zaczęłam jeść swoje śniadanie. Po jakichś 10 do jadalni wszedł Blake. Gdy usiadł przy swoim stoliku nasze spojrzenia się skrzyżowały. Przeszedł mnie dreszcz. Był jakiś dziwny uśmiechał się kilka minut wcześniej. Patrzył na mnie twardym wzrokiem. Nie mogłam odczytać nic z jego oczu ani z wyrazu jego twarzy. Zmusiłam się by odwrócić wzrok od jego kamiennej twarzy i zimnych oczu.
Przez całe śniadanie nie mogłam skupić się na rozmowie, którą prowadzili moi przyjaciele. Moje myśli krążyły wokół Blake i Amandy. Sama nie wiedziałam co mi dzieje, ale wściekałam się na myśli o tym, że był taki radosny gdy z nią rozmawiał, a bolało mnie, że patrzył na mnie takim zimnym wzrokiem…

Po śniadaniu miałam iść z dziewczynami na lekcje, ale przypomniałam sobie, że zostawiłam w pokoju telefon, więc wróciłam po niego. Gdy wychodziłam z pokoju natknęłam się na Blake. Stał oparty o ścianę naprzeciwko moich drzwi.
Nie odezwał się na mój widok, jedynie patrzył na mnie, w taki sam sposób jak podczas śniadanie. W końcu odezwałam się nie mogąc znieść tej ciszy.
-O co chodzi?
Nie odezwał się. Poirytowana odwróciłam się i ruszyłam w stronę schodów, jednak zatrzymał mnie dźwięk jego głosu.
-Tak się zastanawiam…- zaczął, a ja spojrzałam na niego.- Dlaczego Ramon?
Zdziwiona jego pytaniem zawróciła i stanęłam przed nim.
-Co? O co ci chodzi?- spytałam nierozumiejąca
-No dlaczego Ramon? Myślałem, że masz lepszy gust- odparł a w jego oczach zobaczyłam coś… coś co nie od razu zrozumiałam.
Patrzyłam na niego i nie wiedziałam co powiedzieć.
-Eee słuchaj dalej nie bardzo wiem o co ci…- urwałam, bo w tej chwili dotarło do mnie o co mu chodzi.- Amanda. Powiedziała ci, że między nami coś jest- prychnęłam, a potem dodałam nie mogąc powstrzymać się od kpiącego uśmiechu, który jak często gościł na jego twarzy. – Myślałam, że jesteś lepiej poinformowany. Ja i Tomas jesteśmy przyjaciółmi. Nic nas nie łączy, nie łączyło i nie będzie łączyć. A tobie proponuje znaleźć sobie lepszych informatorów niż narwane, zazdrosne nastolatki.
Chwile zastanawiał się nad sensem moich słów, a potem powiedział:
-Czyli Wood się przywidziało, że widzi was razem?- spytał z sarkazmem w głosie.
-Nie- odpowiedziałam- ale gdyby miała choć odrobinę oleju w głowie najpierw pogadała by z Tomasem zamiast z tobą.
Na twarz Blake powrócił jego stały kpiący uśmiech, a we mnie coś drgnęło na ten widok.
-Na szczęście ja mam więcej oleju w głowie i najpierw postanowiłem pogadać z tobą nim powiem coś nie potrzebnie.
Nie zrozumiałam jego słów. Nie wiedząc o co chodzi spytała:
-Chwila. Czego ona od ciebie chciała? Co ty masz do tego wszystkiego?
Roześmiał się i powiedział:
-Jak by to powiedzieć. Wood cie nie lubi.
-No co ty powiesz- powiedziałam sarkastycznie.
-Ech widzę, że nie rozumiesz. Wood przyszła do mnie po to samo po co przychodząc wszyscy którzy szukając zemsty- odparł Blake.
-Co?
-Może nie celowo, ale znalazłaś sobie wroga Tori. Wood uważa, że wpieprzasz się między niego a Ramona, więc postanowiła się ciebie pozbyć.
-Niby jak?
-Proste. Chciała prawdy.
-Prawdy?
-Pamiętasz naszą rozmowę? Wtedy na imprezie? Powiedziałem ci, że my wiemy wszystko. Znamy każdy sekret. I po to właśnie Wood do mnie przyszła. Po jakiś twój brudny sekret, który sprawi, że stąd znikniesz.
-Nie wierze- powiedziałam bardziej do niego niż do siebie.
-Spokoje. Nic jej nie powiedziałem- zapewnił.
-Bo nie znasz żadnego sekretu?
-Bo nie chcę się ciebie pozbywać- powiedział wymijająco.
-A niby dlaczego?
-Lubię cie- powiedział po prostu, a ja musiałam wykorzystać ten moment.
-Tak bardzo, że wciągnął byś mnie do swojej paczki?- spytałam.
-Chcesz należeć do Czarnej Bandy?- spytał zaciekawiony a jego uśmiech stał się jeszcze szczerszy.- Chcesz być jedną z nas?
-Tak- odparła. – Chcę…
  • awatar Call me - Sharon: Jej... Boski rozdział!! :) Zakochałam się w nim :* Oby Will wciągnął ją do Czarnej Bandy :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kilka dni później mój plan był już w pełni gotowy, więc pozostało mi już tylko działać. Jednak dzień przed wykonaniem pierwszego kroku wszystko mi się posypał. W jednej chwili straciłam chłopaka i 2 najlepsze przyjaciółki…
W czwartek wieczorem rozmawiałam z Rosą, Leną i Maxem przez wideo czat. Zauważyłam, że cała trójka zachowuje się jakoś dziwnie, gdy spytałam o co chodzi próbowali mówić, że nic się nie dzieje, że mi się wydaje. Jednak w końcu Rosa nie wytrzymała. Powiedziała, że nie może dłużej mnie okłamywać.
Opowiedziała mi, że od mojego wyjazdu Lena i Max bardzo się do siebie zbliżyli i zaczęli się ze sobą spotykać. Gdy to usłyszałam poczułam się jakby poraził mnie piorun. Siedziałam nieruchomo patrząc na nich tępym wzrokiem, wysłuchując ich tłumaczeń i przeprosin jakby to co mówią wcale nie dotyczyło mnie. Gdy skończyli swoje wywody ja wciąż siedziałam cicho.
-Vicki- powiedział Max nie mogąc znieść braku mojej reakcji.
-No powiedz coś- powiedziała Lena ze łzami w oczach.- Proszę Vicki powiedz coś.
-Co?- powiedziałam patrząc na Lene.- Co mam ci powiedzieć? Traktowałam cie jak siostrę, a ty odbiłaś mi chłopka! Ty…- powiedziałam patrząc na Maxa- mówiłeś, że mnie kochasz, że zawsze będziemy razem, że mój wyjazd nic nie zmieni! A ty- zwróciłam się do Rosy- widziałaś o wszystkim! Od samego początku! I nic nie powiedziałaś! Jak mogłaś?!
-Vicki…
-Nie- ucięłam.- Nie chcę was znać! Rozumiecie?! Nienawidzę was!- krzyknęłam i zatrzasnęła laptopa.
Nie mogłam już dłużej powstrzymywać moich emocji. Wybuchłam płaczem. Poczułam się słabo, musiałam wyjść na powietrze. Wybiegłam z pokoju trzaskając drzwiami. Oczy miałam zamglone od łez. Biegłam przez korytarz, aż na kogoś wpadłam. Nie wiedziałam na kogo, nic nie widziałam.
-Tori?- odezwał się czyjś głos. To był Tomas.- Tori? Wszystko porządku?
Nie odpowiedziałam.
-Tori co się stało- spytał z troską w głosie.
W odpowiedzi rzuciłam mu się w ramionach szlochając. Objął mnie mocno.
-W porządku. Będzie dobrze- mówił próbując mnie pocieszyć, chociaż w dalszym ciągu nie wiedział co się wydarzyło.
Staliśmy tak dłuższą chwile. Powoli zaczynałam się uspokajać, gdy dobiegł nas czyj podniesiony piskliwy głos:
-Tomas!- oderwaliśmy się od siebie, a naszym oczą ukazała się wściekła Amanda.- Nie przeszkadzam wam?!
-Ami…- zaczął chłopak jednak czerwono włosa nie pozwoliła mu dojść do słowa.
-Nie tłumacz się! Nie jestem ślepa- krzyknęła i zniknęła za rogiem.
-Tomi… przepraszam…- zaczęłam.
-Spokojnie nic się nie stało- odparł.
-Chyba jednak powinieneś za nią iść- doradziłam mu.
-Później z nią pogadam.
Skończyło się na tym, że poszliśmy do mojego pokoju. Opowiedziałam mu co się stało, a on starał się mnie pocieszyć. Wyszedł z pokoju dopiero gdy wróciła Zoey. Już w miarę opanowana opowiedziałam jej od początku historię z wideo czatem, Tomasem i Amandą. Po tym jak mnie pocieszyła, zaczęła się cieszyć z tego, że Amanda widziała mnie razem z Tomasem. Sama nie wiem czemu, ale przez chwilę mnie też to bawiło. Jednak potem pomyślałam, że właśnie niechcący wywołałam wojnę. I zaczęłam się zastanawiać jakim działami wymierzy we mnie Amanda…
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Wieczorem przed kolacją złapała mnie Luna i odciągnęła na bok.
-Tori musimy pogadać- powiedziała zdenerwowanym głosem.
-O co chodzi?- spytałam beztrosko.
-Słuchaj- zaczęła- wczoraj za dużo wypiłam i powiedziałam ci coś czego nie powinnam. Jeśli Czarna Banda się o tym dowie…- urwała patrząc na mnie przerażona. – Tori obiecaj mi, że odsuniesz się od nich, że nie będziesz chciała być jedną z nich, że nie wspomnisz o naszej rozmowie, że nie będziesz ich pytać to dyrektora, sekrety i te ich cholerną prawdę! Tori błagam, obiecaj mi to!!
Przyjrzałam jej się uważnie, a potem powiedziała cicho prawie szeptem:
-Nie mogę Luna. Nie mogę- odwróciłam się i odeszłam.
-Tori!- krzyknęła za mną Luna.
Nie odwróciłam się do niej. Ruszyłam dalej na stołówkę. W głowie miałam potworny mętlik. O co tu chodzi? Rozumiem członkowie Czarnej Bandy znają jakieś sekrety i co z tego? Każdy ma jakieś sekrety, ale są one takie strasznie? Dlaczego wszyscy się tak boją. Przecież Vidia też należy do Czarnej Bandy, więc nie pozwoliła by w jakikolwiek sposób skrzywdzić swojej siostry. Prawda? Nie wiedziałam o co chodzi, ale każda kolejna rozmowa upewniała mnie coraz bardziej, że coś tu jest grubo nie tak. To jeszcze bardziej sprawiło, że chciałam poznać „prawdę”, której wszyscy się tak boją.

Gdy przyszłam na stołówkę przy stoliku siedziała już moja paczka. Liv, Lucy i Kev obserwowali kłócące się w najlepsze rodzeństwo. Spojrzałam na nich i westchnęłam siadając obok.
-O co ci chodzi?- pytał wkurzony Tomas.- Nawet jeśli między mną i Ami coś jest to nie twoja sprawa!
-Ami?!- warknęła Zoey.- Macie już dla siebie słodkie ksywki?
-Sama wszystkim wymyślasz „urocze” ksywki, czemu ja nie mogę? Czemu w ogóle tak się wkurzasz?
-Bo obiecałeś mi, że między wami nic nie ma. Wiesz, że jej nienawidzę! Layla zresztą też!
-Obie przesadzacie. Co mam niby zrobić? Zostać księdzem, bo moje siostry nie lubią mojej dziewczyny?!
-Dziewczynę?! Już jesteście oficjalnie parą?!
-Zoey?!
-Znajdź sobie inną dziewczyne!
-Niby kogo?
-Ktokolwiek tylko nie ona!
-Na przykład?
-Na przykład Tori!
Przy naszym stoliku zapadła cisza, a cała paczka popatrzyła najpierw na Zoey, potem na Tomasa, a potem na mnie. W końcu zdołałam wykrztusić:
-Zwariowała?!
-J-ja… -zaczęła Zoey jąkając się.- Ja tak tylko. Po prostu… chodziło mi o to, że każda tylko nie ta czerwona krowa…
-Ok. Ale czemu akurat ja?!- spytałam wściekła.
-To był tylko taki przykład- tłumaczyła się.
-Ok., ale przypominam ci, że mam chłopaka. Sama nie tak dawno mi o tym przypominałaś- warknęła.
-Sorry- powiedziała cicho.
Wstałam i wyszłam ze stołówki. Po dwóch minutach dogonił mnie Tomas.
-Tori. Czy ty…- zaczął, ale najwidoczniej nie wiedział jak dokończyć.
-Tomi- westchnęłam.- Posłuchaj lubię cie… ale nie tak…
-Oł…- powiedział jak by zawiedziony.- Too… to dobrze. Czyli między nami jest tak jak przedem?
-Jest po staremu- powiedziałam z uśmiechem.
-Cieszę się- powiedział i przytulił mnie. Byłam lekko zaskoczona, ale odwzajemniłam jego uścisk.
-Tomi?- usłyszałam za nami głos jakiejś dziewczyny. Gdy oderwaliśmy się od siebie zobaczyłam Amanda Wood.
-Ami- powiedział Tomi. –Eee nie wiem czy się znacie. Ami to Tori współlokatorka mojej siostry. Tori to Ami moja… dziewczyna.
-Cześć- powiedziała oschłym tonem, a potem zwróciła się do Tomasa:- Idziemy?
-Eee tak, tak idziemy- powiedział. – Na razie Tori.
-Na razie.
Patrzyłam jak odchodzą, a przez głowę przemknęła mi myśl, że Amanda raczej mnie nie polubi…

***
Przepraszam, ale naprawdę nie miałam czasu na dodawanie nowych wpisów, całymi dniami siedzie w szkole :<
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Następnego dnia wszyscy ostrożnie przemknęliśmy do naszych pokoi. Musieliśmy czekać, aż minie 6, bo wtedy kończy się cisza nocna. Nie musieliśmy się obawiać, że ktoś nas nakryje, bo jak się dowiedziałam w weekendy mało kto rusza się z łóżka przed południem.
Nim wróciłam do ciebie do pokoju pomogłam Vidili odstawić Lune do jej pokoju. Naprawdę mocno zabalowała… Gdy jej współlokatorka przebudziła się i nas zobaczyła od razu odwróciła się w drugą stronę. Zdziwiło nie to trochę, ale pomyślałam, że pewnie już przywykła do zachowań Luny, a w dodatku widok kogoś z Czarnej Bandy dał jej jasno do zrozumienia, że nie powinna się w to mieszać.
Potem poszłam do siebie, dyskretnie wzięłam piżamę i przemknęłam do łazienki, żeby się przebrać. Później wróciłam do łóżka i od razu zasnęłam.

Obudziło mnie głośno otwierane drzwi i wściekły głos Zoey.
-No nie uwierzysz!- powiedziała prawie krzycząc.
-Co?- spytałam zaspanym głosem otwierając jedno oko.
-Dziewczyny Liv i Lucy miały racje! Widziałam Amandę jak zarywała do Tomasa!
-Co? Czekaj która godzinna? Gdzie ich widziałaś?
-Przed dziewiątą- odparła. Czyli spałam jakieś 3 godziny. Nic dziwnego, że tak wolno myślałam.- Widziałam ich na stołówce. Matko czemu akurat ona?!- mówiła chodząc w te i spowrotem po pokoju.
-I co z tego? Czemu ci to tak przeszkadza Zoey?
-Bo jej nienawidzę! Zawsze robiła wszystko by uprzykrzyć mi życie! A to pewnie jakiś kolejny jej plan.
-Zoey przestań. Może ona naprawdę lubi twojego brata. W końcu jest całkiem ładny i miły i w ogóle.
-Ładny i miły?- spytała dziwnie na mnie patrząc.- Podoba ci się?- spytała z szerokim uśmiechem.
-Ech Zoey, Tomi nie jest w moim typie. Lubię go, ale jak kolegę.
-Szkoda- odparła Zoey. – Wolałabym żebyś to ty z nim chodziła niż ona…
Wymieniłyśmy jeszcze kilka zdań a potem zakończyłyśmy naszą rozmowę. Powiedziałam jej, że chce jeszcze trochę pospać, więc Zoey zostawiła mnie samą.

Wróciła do pokoju po 12 budząc mnie na obiad. Z niechęcią wstałam z łóżka. Wciąż byłam zmęczona, ale byłam też jeszcze bardziej głodna. Poszłam do łazienki. Gdy już się ubrałam i umalowałam wyszłyśmy z pokoju.
Przechodząc przez dziedziniec zobaczyłyśmy na jednej z fontann siedzący obok siebie Tomasa i czerwono włosom Amandę. Słuchali muzyki z jego słuchawek i śmiali się przy tym głośno. Widziałam jak Zoey się wścieka, ale pociągnęłam ją dalej na stołówkę. Wiem, że to samolubne, ale teraz bardziej martwiłam się swoim pustym brzuchem niż Zoey i jej „problemami”. Co miałam zrobić umierałam z głodu.
Na stołówce wzięłam dla siebie większą porcję niż zazwyczaj. To przez to, że nie zjadłam śniadanie. Poszłyśmy do naszego stolika przy, którym siedziały już dziewczyny i Kev. Zaczęłam jeść, a Zoey wciąż nie przestawała narzekać. Liv i Lucy wydawały się równie przejęte jak Zoey, za to Kev świetnie się bawił docinając Zoey z powodu Amandy i jej brata.
Nie bardzo interesowała mnie ich rozmowa. Moją głowę zaprzątały inne myśli. Musiałam ułożyć jakiś plan by poznać tą „prawdę”, którą zaszczyt mają znać tylko członkowie Czarnej Bandy. Podniosłam głowę i spojrzałam na ich stolik. Will Blake parzył na mnie uśmiechając się. Patrzyłam na niego chwilę odwzajemniając uśmiech.
Tak muszę dołączyć do Czarnej Bandy a on mi w tym pomoże. W końcu jako ich „przywódca” ma najwięcej do powiedzenie. Potrzebny mi tylko dobry plan…
__________________________________________________
Bohaterowie:
Amanda Wood
  • awatar Call me - Sharon: Kiedy następny rozdział??
  • awatar It's not the end ♥: Misia przepraszam Cię, że nie czytam wszystkich rozdziałów, ale teraz zaczyna się szkoła i nie dam rady :D Postaram się odnaleźć i od dziś być na bieżąco ♥ Coś się kroi! Zoey coś kombinuje :D Ciekawe jaki będzie ten plan ♥
  • awatar Łączy nas magia: Super rozdział. Czekam na nexta
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jako iż htj.emilka.pinger.pl/ zorganizowała konkurs dodaje teraz kolaż z moją idolką Seleną Gomez, który przygotowałam!! ♥♥

***
A co się tyczy mojego bloga... Póki co postaram się dodawać nowe rozdziały codziennie o ile tylko będzie to możliwe ^^
 

 
Podeszłam do wielkiego drzewa o które opierał się Will.
-Cześć –powiedziałam stając przed nim z założonymi rękami.
-Napijesz się? –spytał z krzywym uśmieszkiem wyciągając w moim kierunku butelkę z piwem.
Wyczułam w jego głosie wyzwanie i to spowodowało, że wbrew zdrowemu rozsądkowi wzięłam od niego butelkę. Wzniosłam ją do góry w geście toastu i upiłam duży łyk. On poszedł w moje ślady.
-Dlaczego mnie zaprosiłeś- spytałam.
-A co źle się bawisz?- odpowiedział pytaniem na pytanie. Widziałam w jego oczach iskierki rozbawienia.
-No szału nie ma- odparłam z krzywym uśmiechem.
-No nie mów. Jestem tak jakby gospodarzem imprezy. Nie mogę pozwolić żeby ktoś się źle bawił –powiedział z – jak zdarzyłam zauważyć – typowym dla siebie bezczelnym uśmieszkiem.
-Chcesz, żebym się lepiej bawiła?- spytałam, a jego oczach zobaczyłam błysk zaciekawienia.
-Jasne- odparł.
-Więc opowiedz mi o was – powiedziałam. To był idealny moment. Musiałam się wreszcie czegoś dowiedzieć.
-O nas?- spytał wyraźnie zaciekawiony.
-O Czarnej Bandzie.
-Hymm ok- zgodził się wywołując tym moje ogromne zdziwienie. Nie spodziewałam się tego. Myślałam, że on też będzie taki tajemniczy jak cała reszta.- Ale usiądźmy- powiedział i pociągnął mnie za sobą.
Usiedliśmy naprzeciw siebie przy pustym stoliku stojącego najdalej, gdzie muzykę było słychać najciszej. Will oparł łokcie na stole i spojrzał na mnie wyczekując.
-Pytaj o co chcesz?- powiedział z uśmiechem.
-Poważnie? –spytałam zdziwiona.- Nie masz zamiaru mnie zwodzić czy zbywać? Ani wciskać mi tekstu o tajemnicach itp.
-To zależy.
-Od czego?
-Od tego o co spytasz- powiedział nie przestając się uśmiechać w ten irytujący sposób.- Więc?
Zastanowiłam się chwile. Teraz gdy mogłam spytać o wszystko, nie miałam pojęcia jakie pytanie zadać.
-Ok- powiedziałam.- W takim racie… Dlaczego nazywacie się Czarną Bandą?
-Gdyby to ode mnie zależało wybrał bym inną nazwę, ale to inni zdecydowali. Ludzie zaczęli nas tak nazywać bo na ogół ubieramy się na czarno.
-Dlaczego wszyscy się was boją? I dlaczego nikt nie chce mi nic o was powiedzieć?
-Nie chcą CI o nas powiedzieć?- spytał zaciekawiony.- Czyli wypytujesz o nas? Co cię tak bardzo w nas interesuje?
-Nie odpowiedziałeś na pytanie- odparłam wymijająco.
-Ty również- nie dawał za wygraną.
-Po prostu jestem ciekawa- odpowiedziałam po chwili. – Zwykła ciekawość.
-Ah tak.
-Twoja kolej- przypomniałam.- Dlaczego wszyscy się was boją?
Uśmiechnął się szeroko ukazując w przyćmionym świetne swoje perfekcyjne białe zęby. Pochylił się nad stołem bliżej mnie i powiedział:
-Oni nie boją się nas, lecz tego co możemy im zrobić- poczułam ciarki na plecach. – Oni nie boją się nas, lecz prawdy którą znamy.
-Prawdy? Prawdy o czym?- spytałam nie rozumiejąc.
-O wszystkim- odparł z błyskiem w oku.- Jedyne czego ludzie boją się naprawdę to właśnie prawdy. My znamy całą. Każdy ukrywa jakieś brudy i boi się, że wszyscy się o tym dowiedzą. Dlatego nas unikają i schodzą nam z drogi.
W głowie zaczynało mi się kręcić od natłoku myśli i tych wszystkich tajemnic. Ale musiałam wiedzieć więcej. Chciałam zadać mu kolejne pytanie jednak on zaczął się już podnosić.
-Wybacz, ale muszę już iść- powiedział z krzywym uśmieszkiem.- Może jeszcze dzisiaj uda się nam pogadać- powiedział i odszedł.
Siedziałam chwilę oszołomiona. Chciałam poznać prawdę, jednak okazało się, że prawdę zna tylko Czarna Banda…
Gdy podniosłam się i ruszyłam w poszukiwaniu kogoś znajomego zobaczyłam Lune. Ledwo trzymała się na nogach. Podeszłam do niej.
-Luna? Dobrze się czujesz?- spytałam
-T-taaak. Tylko… trochę kręci mi się w głowie- odparła jąkając się.
-Chodź. Powinnaś usiąść- powiedziałam i poprowadziłam ją do jakiegoś stolika.
-I jak?- spytała kołysząc się lekko. – Widziałam, że jednak gadałaś z Blakem.
-Tak-odparłam.- Gadaliśmy trochę.
-Interesujesz go- powiedziała.
-Dlaczego tak uważasz??
-Ja to wiem. Vidia i Matt wygadali się. Mówi, że wpadłaś mu w oko. Ale ja na twoim miejscu trzymała by się od niego z daleka. Jest nieźle porąbany. Zresztą tak samo jak moja siostrzyczka i całą reszta.
Patrzyłam na kołyszącą się Lunę i pomyślałam, że ilość alkoholu, którą wypiła rozwiązała jej język.
-Dlaczego tak uważasz?- spytałam wykorzystując okazję.- Co o nich wiesz?
-To co wszyscy. No i to co wymknie się Vidii, gdy za dużo wypije. Ma strasznie słabą głowę- „nie tylko ona” pomyślałam.
-Więc co wiesz?
-Że trzymają wszystkich w szachu. Na każdego mają haka, ale wciąż jeszcze nie dowiedzieli się tego na czym im tak zależy.
-Czyli? –spytałam zaciekawiona.
-Chodzi o dyrektora. Coś ukrywa. Czarna Banda chce się dowiedzieć co takiego. Dlatego chcą zdobyć zaufanie młodego Torreso.
-Co? Ale wiesz o co może chodzić? -spytałam.
-Nieee- odparła. – To wie tylko Czarna Banda i nikt poza nimi.
Zastanawiała się chwilę.
-Myślisz, że też mogła bym do nich należeć?- spytałam. Ja chyba zwariowałam. Ta moja ciekawość mnie w końcu zgubi.
-Jasne- odparła od razu.- Blake cie lubi, więc masz spore szans. Jednak ja na twoim miejscu bym tego nie robiła.
-Dlaczego?
-Rozejrzyj się. Jest tu Jakieś 50 osób. Jak myślisz dlaczego do Czarnej Bandy należy tylko 7 osób?
-Nie wiem- przyznałam.
-To nie jest takie proste. Czarna Banda stale wymyśla jakieś testy, wyzwania. A gdy jednak uda ci się stać jednym z nich wszystko się zmienia. Wtedy liczy się tylko Czarna Banda. Wszystko musisz dla nich porzucić, wszystko do czego przywykłaś w Akademii. Czarna Banda zmienia wszystko.
W głowie miałam taki zamęt, że nie mogłam ogarnąć myśli. To wszystko było jakieś dziwaczne. Jak z jakiego filmu czy książki. Tyle, że to nie jest jakaś kolejna nierealna książka czy film tylko prawdziwe życie. Życie, które codziennie staje się większą zagadką i wypełniało się nowymi tajemnicami.
Ja jednak podjęłam decyzje. Rozwiążę tę zagadkę, choćby nie wiem co…
***
Taki mały komunikat. Do tej pory dodawałam wpisy codziennie. Jednak za 2 dni rozpoczyna się szkoła, więc będę mieć mniej czasu na pisanie kolejnych rozdziałów. Dlatego też wpisy będą dodawane prawdopodobnie co 2 dni.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Szłam w ciszy przez las, patrząc stale pod nogi, by się nie przewrócić na wystających korzeniach drzew. Drzewa rosły tak gęsto i blisko siebie, że nie mogłam iść prostu przed siebie. Ciągle musiałam wymijać drzewa. Nie miałam pojęcia w którym kierunku mam iść, ale skoro impreza ma być na końcu lasu, postanowiłam, że pójdę przed siebie, aż tam dotrę.
Spodziewałam się, że usłyszę muzykę lub zobaczę jakieś światła, które pomogą mi trafić na miejsce. Jednak po dziesięciu minutach marszu w ciąż byłam nigdzie. Do o koła mnie ciemność, masa drzew i ani śladu żywego ducha.
Powoli zaczynałam się irytować, jednak wciąż szłam przed siebie. Po kolejnych minutach dalszej drogi w oddali usłyszałam muzykę. Początkowo nie byłam pewna czy mi się to nie wydaje, jednak po chwili byłam w stu procentach pewna, że słyszę muzykę. Ruszyłam dalej pełna nowej energii. Teraz przynajmniej wiedziałam gdzie iść.
Po jakiś 3 minutach wyszłam na wielką polane, na której zauważyła około 40 osób! Aż tylu osobą udało się wymknąć? Niektórzy tańczyli w rytm głośnej muzyki, inni pili piwo lub drinki przy prowizorycznym barze, a jeszcze inni gadali oddaleni od reszty towarzystwa. Rozejrzałam się i doszłam do wniosku, że mój styl pasuje do ubioru innych ludzi. Jednak o ile mogłam zauważyć ich stroje gorzej było z rozpoznaniem ich twarzy. Parę lamp i trochę światełek stanowiło raczej słabe oświetlenie.
Gdy tak stałam rozglądając się do wokół, obok mnie przeszedł wysoki chłopak.
-Luke?- spytałam zdziwiona. Nie spodziewałam się na nielegalnej imprezie syna dyrektora.
-Victoria!- odparł uśmiechnięty. – Dawno cię nie widziałem. Co ty tu robisz? Nie spodziewałem się, że się tu pojawisz.
-Dostałam zaproszenie- powiedziałam. – Od Czarnej Bandy.
-Och- powiedział przestając się uśmiechać i marszcząc lekko brwi.
-Luke!- dobiegły nas krzyki kilku osób. – No choć.
-Eee… muszę iść- powiedział patrząc na mnie nie pewnie. – Chcesz….- nie dałam mu dokończyć.
-Spokojnie idź- powiedziałam z uśmiechem. Nie rozumiałam do końca jego reakcji. U jego oczach widziałam niepewność, troskę i …strach?– Poradzę sobie.
-No ok…- odparł. – Jak by coś to będę tam- powiedział pokazując grupkę osób stojącą kilka metrów dalej. Stał jeszcze chwilę, ale gdy usłyszał kolejne nawoływania ruszył do swoich kumpli ociągając się.
Nie wiedziałam co mam robić. Przeszłam kilka kroków i usłyszałam za sobą krzyk:
-Tori!- odwróciłam się za siebie i zobaczyłam uśmiechniętą Lunę z butelką piwa w ręku.- Widziałam, że przyjdziesz. Brawo- dodała z jeszcze szerszym uśmiechem. Chyba zdążyła już wypić kilka piw.
-Dlaczego „brawo”- spytałam.
-Bo właśnie zdałaś jeden z ich najważniejszych testów- odparła.
-Czyli?- teraz jeszcze bardziej nie rozumiałam o co jej chodzi.
-Jesteś tu- powiedziała.- Czyli zaliczyłaś test odwagi. Przeszłaś przez ciemny las, nie wiedząc gdzie dokładnie masz iść. Jesteś tu i to sama. Powiedziałaś komuś o tej imprezie?
-Nie.
-Czyli zaliczyłaś test lojalność- odparła. – Nie wygadałaś nikomu tej „tajemnicy”. Nie zdradziłaś Czarnej Bandy.
-Co? Czekaj, czekaj- powiedziałam. – To brzmi jak…
-Jak najważniejsze zasady Alexandra Torreso. – przerwała mi. -Jak czarna część herbu Akademii. Odważny lew i wierny wilk. Zasady które wyznaje każdy kto zakłada tutaj czarny krawat.
Powiem tak: zatkało mnie. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. O co tu chodziło? Już miałam powiedzieć Lunie, żeby mi to dokładniej wytłumaczyła, gdy nagle na jej szyi uwiesiła się jakaś czarnowłosa dziewczyna. Przyjrzałam się jej i rozpoznałam ją. To była ta sama dziewczyna, która kilka dni temu była przy tym jak Will wręczał mi kopertę. Ta sama która była przekonana, że pasowała bym do ekipy, do której sama należała. Do Czarnej Bandy.
-Tori!- krzyknęła. – Jednak jesteś.
-Tori- powiedziała Luna strącając z siebie rękę dziewczyny. –Nie wiem czy miałaś tą wątpliwość poznania tej wariatki.
-Ej- krzyknęła trącając ją w ramie.
-A nie ma racji?- spytał jakiś chłopak obejmując ją w pasie. Podobnie jak ona miał czarne włosy i kolczyk w wardze. On też należał do Czarnej Bandy.
-Tori poznaj proszę - powiedziała Luna - moja siostra Vidia i jej chłopak Matt.
-Siostra?- spytałam nie dowierzając. Były jak ogień i woda, a raczej jak Ying i Yang. Jedna biała, druga czarna.
-Przyrodnia- odparła Luna.
-Mamy tego samego ojca- dodała Vidia.- A tak w ogóle Blake na ciebie czeka- powiedziała zmieniając temat.
-Może dlatego młody Torreso się wkurzył- powiedział Matt, ale raczej do swojej dziewczyny niż do mnie.
-Co?- spytałam go. Spojrzał na mnie.
-No wkurzył się gdy się dowiedział, że cie zaprosiliśmy- odparł.- Jakieś 10 minut temu wydarł się na nas, że nie powinniśmy cię wciągać w… - urwał nagle jakby się połapał, ze powiedział za dużo. – że nie powinniśmy się tu zapraszać- odparł szybko.
-A tam- odparła Vidia. – Zazdrosny jest i zły, że to nie on cie zaprosił. Tak czy inaczej Blake wciąż czeka.
-No i?- spytałam. – Niech czeka.
-Lepiej nie każ mu czekać- odparła Luna.
-Jest tam – powiedział Matt pokazując w kierunku dużego drzewa. Gdy się przyjrzałam dostrzegłam jakąś postać opierającą się o drzewo.
Spojrzałam powrotem na moich rozmówców jednak gdzieś zniknęli. Stałam sama na środku polany. Westchnęłam i ruszyłam w kierunku który wskazał mi Matt…
__________________________________________________
Bohaterowie:
Vidia Fernon


Matt Cambell


***
WoW! Dziękuje kochani za ponad 1000 wyświetleń na moim blogu i mase cudownych komentarzy! ♥♥♥ Jesteście wspaniali ♥♥♥